Moja córka uwielbia monstery. Ma ich kilka, różnych, i walczy o każdą, kiedy zaczyna niedomagać. Marzy jej się taka duża jak ta za oknem mieszkania w Sintrze, w Portugalii. Pewnie tamtejszy klimat jest dla monstery łaskawszy niż polski parapet.

Przy okazji tych roślin wróciło do mnie pytanie, które zadaje sobie chyba każdy, kto na nie patrzy: po co one robią sobie w liściach dziury? Liść ma przecież łapać światło, a dziury zabierają mu powierzchnię.

Na pewno wiadomo tyle, że monstera nie ma ich od początku. Monstera deliciosa, którą Anglicy nazywają „szwajcarskim serem” (Swiss cheese plant), pochodzi z wilgotnych lasów tropikalnych od południowego Meksyku po Panamę. Młode rośliny mają liście całe, bez wcięć i dziur. Dopiero gdy roślina rośnie i dorasta, liście robią się coraz bardziej powcinane i podziurawione. Dziury powstają bardzo wcześnie, kiedy liść jest jeszcze maleńki: w zaplanowanych miejscach część komórek obumiera, a luki rosną razem z liściem. Co decyduje o tym, które komórki mają obumrzeć, wiadomo niewiele.

A po co? Nauka nie ma jednej pewnej odpowiedzi. Podaje się kilka hipotez. Dziury mogą zmniejszać szkody od silnego wiatru, przepuszczać deszcz do korzeni albo wpuszczać światło do niższych liści. Według jeszcze innego pomysłu mają zniechęcać owady, bo liść wygląda, jakby ktoś już go nadgryzł, ale tę wersję uważa się za najmniej prawdopodobną.

Ciekawą odpowiedź zaproponował Christopher Muir z amerykańskiego Uniwersytetu Indiany. W pracy opublikowanej w 2013 roku w „The American Naturalist” przyjrzał się sytuacji monstery w lesie: rośnie w cieniu i korzysta z krótkich plam słońca przeświecających między drzewami. Z jego modelu wynika, że liść z dziurami i pełny liść o takiej samej powierzchni zbierają tyle samo światła, ale dziurawy rozkłada się na większej przestrzeni, więc częściej trafia na te plamy. Dzięki temu roślina dostaje światło równiej, a to mniej ją stresuje. Muir oparł się na modelu matematycznym, a nie na pomiarach w lesie, więc to wciąż hipoteza, choć elegancka. I myślę, że może spodobać się mojemu synowi – fizykowi teoretycznemu (coś czuję, że też chętnie by to policzył ;‑)).