Zwykle było mi z ciszą nie po drodze. Gdy zapadała w towarzystwie, starałam się ją wypełnić, choćby głośniejszym śmiechem. Bolała mnie nieraz, gdy na przykład przedłużała się w trakcie zebrań w szkole moich dzieci po pytaniu: „Drodzy państwo, kto zgłasza się do trójki klasowej?”. Nie byłam w stanie jej wówczas znieść, więc rotacyjnie – rok w rok – byłam przewodniczącą, sekretarzem i skarbnikiem. Ale to już przeszłość. Dziś doceniam ciszę, wręcz ją hołubię. I wcale się jej nie boję, a nawet jej wyczekuję, kiedy rozmawiam z bliskimi i wiem, że każdy z nas potrzebuje „oddechu” na przemyślenie kolejnych wypowiedzianych zdań. Jest bezcenna podczas sesji coachingowej. Z ciszy i w ciszy rodzą się piękne rzeczy.

A jak jest u ciebie? Wyobraź sobie moment, w którym nic nie mówisz – ani do innych, ani do siebie. Nie planujesz, nie analizujesz, nie przewijasz w głowie listy rzeczy do zrobienia. Po prostu jesteś.

Taki moment brzmi niemal nierealnie, prawda? Żyjemy w gąszczu bodźców, powiadomień, rozmów, które nakładają się jedna na drugą, a cisza – jeśli w ogóle się pojawia – bywa odczuwana jako coś niewygodnego, prawie podejrzanego. Jakby brak dźwięku oznaczał, że coś jest nie tak.

Jednak to właśnie w ciszy dzieje się najwięcej.

Teraz znowu ja. W mojej pracy coacha regularnie towarzyszę ludziom, którzy przychodzą z gotowym planem: chcą szybko znaleźć odpowiedź, rozwiązać problem, „przepracować” temat i wrócić do działania. I często to właśnie tempo, w jakim żyją, jest pierwszą rzeczą, którą razem spowalniamy. Bo dopiero kiedy przestajemy zagłuszać się kolejnym bodźcem, słyszymy to, co naprawdę chcemy usłyszeć – własny głos, a nie echo cudzych oczekiwań.

Cisza nie jest pustką. To przestrzeń.

Sprawdźmy! Kiedy przestajesz mówić – czy to na zewnątrz, czy w swojej głowie – zaczynasz też przestawać oceniać, prawda? Myśli, które zwykle są zagłuszane przez pośpiech, mają wreszcie szansę się pojawić. Czasem to niewygodne pytania, stare emocje, których zrozumienie odkładasz na później, bo „teraz nie ma czasu”. Cisza je wydobywa, bo w niej nie ma już nic, co mogłoby je przykryć.

Widzę to na co dzień – zarówno u siebie, jak i u osób, z którymi pracuję. Ci, którzy uczą się świadomie wchodzić w ciszę, zaczynają podejmować decyzje z innego miejsca. Nie z reakcji, nie z lęku przed tym, co powie ktoś inny, ale z kontaktu z tym, co naprawdę czują. To nie jest efekt jednej medytacyjnej sesji, lecz praktyka – czasem niewygodna na początku, bo nasz umysł, przyzwyczajony do ciągłego przetwarzania bodźców, potrafi w pierwszych minutach ciszy robić więcej hałasu niż całe otoczenie wcześniej.

Jak więc zacząć oswajać ciszę, skoro na co dzień właściwie jej unikamy?

Nie trzeba od razu siadać do wielogodzinnej medytacji. Zresztą medytacja nie jest dla każdego. A już na pewno nie dla mnie. Wiem to, mam to przetrenowane. Pamiętam, jak długo uczyłam się korzystać z medytacji po sesjach jogi, które odbywałam w grupie kobiet w osiedlowym domu kultury. Początkowo tych kilkanaście minut w ciszy przeznaczałam na dokładne zaplanowanie zakupów, które będę robiła na trasie: dom kultury – szkoła muzyczna mojej córki (zabierałam ją stamtąd po zajęciach) – dom. Dopiero po wielu tygodniach zorientowałam się, że mogłabym inaczej spędzić ten czas. Niemal na siłę wygłuszałam myśli o tym, co mnie za chwilę czeka. Skupiałam się na tym, co teraz. Słyszałam oddech koleżanki obok, czułam powiew wiatru z otwartego okna. I znowu – chwila tych odczuć uruchamiała ciąg myśli. Tym razem jednak pozwalałam im przepływać, nadając im status: „to nieistotne w tym momencie”, „zajmę się tym później”, „teraz sprawdzę, czy mój oddech jest równie głośny jak koleżanki”, „ooo, jak fajnie unosi mi się brzuch, gdy oddycham głęboko”. Z dużą troską przekierowywałam uwagę na siebie – leżącą na macie po przyjemnej praktyce jogi, wśród innych kobiet zatopionych w tej samej ciszy. Udawało mi się. Fakt – tylko na kilka minut. Ale jednak.

Może dla ciebie lepsze będą małe świadome przerwy. U mnie działa odłożenie telefonu z dala od zasięgu dłoni i wzroku, wyłączenie muzyki i zajęcie najwygodniejszej kanapy w moim mieszkaniu. Siedzę, oddycham, pozwalam sobie na nicnierobienie. Ignoruję niewygodę (zresztą ona po pewnym czasie pojawia się coraz rzadziej), karcę swój umysł, kiedy włącza mu się potrzeba wypełnienia ciszy czymkolwiek i zamiast analizować, czy produktywnie spędziłam czas do tej pory, zaczynam skanować swoje ciało (od koniuszków palców u stóp po czubek głowy). Polubiłam to, tak samo jak i łapanie się dźwięków zawieszonych w ciszy, takich jak tykanie zegara czy szum wiatru za oknem. Przestrzegam – nauczenie się tego wymaga nie lada cierpliwości. Ale jakże wielką daje satysfakcję.

Świadomie przemilczałam, czyli zatopiłam w ciszy, pewien wątek – ile i czego konkretnie daje cisza podczas sesji coachingowej. Świadomie zasieję to pytanie teraz. Niech ono zostanie tutaj, niech już zakiełkuje w twojej głowie, rozwinie się w twoje własne refleksje. Za niedługi czas ciszy wrócę do tego tematu.

To be continued…