Niektóre podróże nam się zdarzają, dość szybko się na coś decydujemy i dopiero po decyzji powstaje plan działania/zwiedzania. Są też wyjazdy, o których sporo mówimy i które organizujemy tak, by każdy wyniósł z nich to, na czym mu zależy. Ja do Szkocji jechałam po przyrodę i ichni klimat, córka po… słynne włochate krowy.

Startowaliśmy w Edynburgu, po drodze zahaczyliśmy jeszcze o kilka szkockich miast, ale naszym najdłuższym przystankiem był Inverness. Inverness to stolica Highlands, północ Szkocji i chłodniejsze rewiry, a w jego okolicach można właśnie zobaczyć krowy rasy Highland Cattle. Czy są gdzieś jeszcze? Są, hoduje się je w kilkudziesięciu krajach, najwięcej podobno we Francji i Finlandii, ale przecież nie o to chodzi. Highland to krowa z zachodnich Highlands i Hebrydów, więc spotkanie trzeba było umówić u niej w domu.

Okazało się, że te krowy to modelki z urodzenia. Podchodzą do ogrodzenia, patrzą spod grzywki, a kiedy mają ochotę, pokazują język prosto do obiektywu. Nic dziwnego, że córka obfotografowała je ze wszystkich stron. Mają czym się chwalić i co prezentować: długa, oleista okrywa na puchowym podszyciu to podobno najdłuższy włos wśród bydła. Dzięki niej znoszą zimno prawie jak renifery. Do tego okazałe rogi, które mają obie płcie, i niezwykle urocza fryzura. Najczęstszy kolor to rudy (ok. 60 proc. stada), ale zdarzają się też żółte, kremowe, czarne i pręgowane, więc na zdjęciach widać dwa różne typy urody. Czarne były podobno pierwotnie.

Najbardziej urzekło mnie jednak ich usposobienie. Highlandy uchodzą za łagodne i ciekawskie, a w stadzie panuje wzorowy porządek. Obserwacje półdzikiego stada opisują wyraźną hierarchię: starsze stoją wyżej niż młodsze, byki wyżej niż krowy. Taki układ ogranicza agresję, bo skoro każdy wie, kto jest kim, nie trzeba tego co chwila sprawdzać rogami. A przede wszystkim zwierzęta po prostu się lubią: liżą się nawzajem, bawią w przepychanki.

Rudy cielak i kremowa krowa highland za ogrodzeniem

Cielak, którego widać na drugim zdjęciu, chodził za swoją matką niemal krok w krok. Czuć było między nimi fajną więź. Hodowcy mówią, że highlandy to świetne matki. Niektóre rodziły do osiemnastego roku życia i wychowały nawet piętnaście cieląt. Długowieczność, spokój i opieka nad młodymi to całkiem niezły przepis na stado.

Córka dopięła swego: spotkała, obfotografowała i dostała językiem w obiektyw. Mnie zostało przekonanie, że zawsze warto jechać w wymarzone miejsce, nawet na jedno i nawet krótkie spotkanie.