Ciągle mam problem z wymówieniem tego słowa. Mówię je za rzadko? Pewnie tak, choć to dość dziwne, bo triangulację (oj, przy odmianie przez przypadki – wymowa jeszcze trudniejsza ;‑)) obserwuję w zasadzie codziennie. Generalizując – lubimy włączać osoby trzecie w swoje konflikty z partnerem, przyjacielem czy szefem. Ten mechanizm uruchamiamy niemal bezwiednie.

Czy nie łatwiej jest usiąść naprzeciwko siebie i po prostu porozmawiać? Dwie zainteresowane osoby, które mają pełen obraz sytuacji, powinny wystarczyć, zwłaszcza gdy obojgu zależy na rozwiązaniu problemu. Po co wtrącamy w to wszystko osobę trzecią?

Weźmy na tapet sytuację sporu w firmie, a konkretnie – konfliktu między współpracownikami. Jedna osoba czuje, że druga zrzuca na nią swoje obowiązki pod płaszczykiem komplementu: „jesteś w tym świetna, zrobisz to lepiej”. I to nie pierwszy raz, bo jakoś trudno jest jej odmawiać. Wpada więc na pomysł, by przekazać niewygodną wiadomość przez posłańca – prosi wspólną koleżankę, by „powiedziała jej, że…”. Albo wchodzi w sojusz z inną osobą z biura, która również jest wykorzystywana przez tę samą osobę.

Obie strategie mają jedną wspólną cechę: żadna nie prowadzi do rozmowy z osobą, której problem dotyczy. Napięcie krąży po biurze, a sama zainteresowana dowiaduje się o wszystkim ostatnia, od kogoś, kto „tak w sumie nic nie mówił”.

Dlaczego to takie kuszące?

Bo jest bezpieczniejsze. Trzecia osoba działa jak bufor: nie muszę widzieć miny drugiej strony, nie muszę znosić niezręcznej ciszy, nie muszę ryzykować, że usłyszę coś, co mi się nie spodoba. Do tego dochodzi potrzeba potwierdzenia: skoro koleżanka przyznaje mi rację, to chyba naprawdę mam rację. Ulga przychodzi od razu. Problem w tym, że sam konflikt zostaje na swoim miejscu, a dopisujemy do niego jeszcze jedną osobę, jej opinię i jej lojalność.

Ten mechanizm opisał już w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku amerykański psychiatra Murray Bowen. Zauważył, że gdy w relacji dwojga rośnie napięcie, jedna ze stron – a często obie – instynktownie szuka trzeciego punktu, który to napięcie „odciąży”. Dlatego trójkąty widać nie tylko w firmach, ale i w rodzinach: dziecko przekazujące mamie to, co tata ma jej do powiedzenia, czy teściowa wezwana na „arbitra”.

Jak rozpoznać, że właśnie to robisz?

Zatrzymaj się, jeśli łapiesz się na jednym z takich zdań:

Ważny sygnał: po takiej rozmowie czujesz się lepiej przez godzinę, a potem wcale nie jesteś bliżej rozwiązania.

Co zrobić zamiast tego? Cztery konkretne kroki

  1. Zadaj sobie pytanie, czego właściwie chcę. Zanim sięgniesz po telefon do koleżanki, zapytaj siebie: czy chcę się wygadać, czy chcę coś zmienić? Jedno i drugie jest w porządku, ale to dwie różne rozmowy. Jeśli chcesz się wygadać, powiedz o tym wprost: „potrzebuję pięciu minut, żeby się wyżalić, nie musisz nic komentować ani szykować się do pomocy”. Jeśli chcesz zmiany, przejdź do kroku 2.
  2. Przygotuj jedną rozmowę bezpośrednią. Pomaga prosty schemat z trzech zdań dotyczących: faktu, skutku i prośby. Na przykład: „Przez ostatnie trzy tygodnie dostałam do przygotowania zestawienia, które wcześniej robiłaś ty. Mam przez to za mało czasu na własne zadania. Chciałabym, żebyśmy ustaliły, kto za co odpowiada.” Bez „ty zawsze”, bez diagnoz o charakterze drugiej osoby. Sam opis tego, co się dzieje, i to, o co prosisz.
  3. Wybierz czas i miejsce. Nie przy windzie, kiedy już wychodzicie z pracy; nie na komunikatorze o 23:40 i – to hiperważne! – nie przy ludziach. Zaproponuj: „Masz dziesięć minut? Chciałabym coś z tobą omówić.” Wiele osób dopiero przy takiej propozycji uświadamia sobie, że sprawa jest istotna.
  4. Jeśli czujesz choćby najmniejsze obawy, poćwicz. Opowiedz zdania z kroku 2 komuś zaufanemu, ale tak, żeby to była próba, a nie narada przeciwko drugiej osobie. Albo napisz je w notatce i przeczytaj na głos. Brzmi śmiesznie, a naprawdę działa.

A gdy to ciebie ktoś wciąga do trójkąta?

Zdarza się, że to nie ty szukasz sojusznika, tylko ktoś szuka go w tobie. Możesz wtedy odmówić roli posłańca bez urażania nikogo:

Taka odpowiedź jest uprzejma, a jednocześnie jasno oddaje sprawę właścicielowi.

Kiedy trzecia osoba jest potrzebna?

Nie każdy trójkąt jest zły. Mediator, przełożony czy terapeuta to osoby, które wchodzą do rozmowy za zgodą obu stron i po to, żeby rozmowę umożliwić, a nie żeby kogoś poprzeć. Różnica jest prosta: czy druga strona o tym wie i się na to zgadza? Jeśli tak, to wsparcie. Jeśli nie, to triangulacja.

Jeśli rozpoznajesz trójkąt, w którym tkwisz od miesięcy (albo od lat), porozmawiajmy. Razem sprawdzimy, czego naprawdę potrzebujesz od drugiej osoby i jak jej o tym powiedzieć.

Umów konsultację