Ile razy dziennie mówisz „daję radę”? A ile z tych razy to prawda, a ile – wyuczony refleks, który ma uspokoić otoczenie i ciebie samą/samego?

Energia, o której tu mowa, to nie tylko to, czy masz siłę wstać rano i przetrwać dzień z uśmiechem na twarzy. Nazwijmy to górnolotnie i wprost – to ZASÓB: fizyczny, psychiczny i emocjonalny, który się wyczerpuje i który trzeba regularnie uzupełniać, a nie tylko doładowywać kawą, kiedy już jest krytycznie nisko.

Na poziomie fizjologicznym znaczenie mają tu m.in. praca mitochondriów (to one produkują ATP, czyli „paliwo” dla każdej komórki ciała), poziom kortyzolu, jakość snu i regeneracja układu nerwowego. W zdrowym rytmie kortyzol powinien być najwyższy rano – wówczas daje ci naturalny impuls do wstania – i stopniowo opadać w ciągu dnia, by wieczorem ustąpić melatoninie („hormonowi snu”). Kiedy żyjesz w przewlekłym stresie, ten rytm się spłaszcza: rano trudno się rozkręcić, a wieczorem mimo zmęczenia trudno wyłączyć myśli. To jeden z najbardziej wymiernych sygnałów, że energia, którą się podpierasz, nie jest już energią, tylko awaryjnym trybem przetrwania.

Druga strona medalu – równie ważna – to energia psychiczna: zdolność do koncentracji, podejmowania decyzji, angażowania się w relacje bez poczucia, że każda rozmowa to kolejny wydatek energetyczny, na który już cię nie stać.

I tu trafiamy w sedno pytania z tytułu. Bo można mieć wypełniony grafik (i bić rekordy w punktualnym przechodzeniu z jednego punktu w drugi), dowozić zadania, uśmiechać się na spotkaniach i jednocześnie funkcjonować na rezerwie, którą podtrzymuje się już nie energią, a adrenaliną i poczuciem obowiązku. To różnica, którą łatwo przeoczyć, bo z zewnątrz wygląda tak samo. Ktoś, kto ma prawdziwą energię, i ktoś, kto ją świetnie udaje, mogą przez jakiś czas robić dokładnie te same rzeczy. Rozdźwięk ujawnia się później – w jakości snu, w drażliwości i w tym, że coraz trudniej się cieszyć rzeczami, które kiedyś sprawiały przyjemność.

Udawanie energii to zresztą coś, czego uczymy się bardzo wcześnie. W szkole nie wypada powiedzieć „nie mam siły być kapitanem drużyny”, w pierwszej (ale i także kolejnej) pracy: „dzisiaj nie dam rady”. W domu ktoś na nas zawsze liczy. Więc włączamy tryb działania, bo zatrzymanie się wydaje się luksusem, na który nie ma czasu.

Problem w tym, że ciało i psychika prowadzą swój rachunek niezależnie od tego, co mówimy na głos. I prędzej czy później ten rachunek trzeba spłacić. To stąd bierze się przewlekłe zmęczenie albo pojawia się niemal ta sama dziwna infekcja, która „niespodziewanie” wraca co miesiąc – bo osłabiony, przeciążony układ nerwowy obniża też odporność. Eksperci wskazują też wypalenie, które przychodzi nie jako nagły cios (który zwala z nóg), tylko jako powolne gaśnięcie (odbierające radochę z życia).

Jak więc odróżnić prawdziwą energię od jej udawanej wersji?

Warto zwrócić uwagę na kilka sygnałów. Prawdziwa energia daje ci wybór – możesz zrobić coś dodatkowego, ale równie dobrze możesz odpuścić, bez poczucia katastrofy. Udawana energia jest sztywna – trzyma się na zaciśniętych zębach i planie, a każde odstępstwo od niego budzi niepokój. Prawdziwa energia regeneruje się po odpoczynku. Udawana – po chwili przerwy wraca zmęczenie, bo to nie był prawdziwy odpoczynek, tylko przerwa w działaniu na tych samych obrotach.

Dobra wiadomość jest taka, że energię – tę prawdziwą – można odbudować. Nie od razu i nie jednym cudownym nawykiem, ale krok po kroku:

Zatrzymaj się na chwilę i sprawdź, czy to prawda, że masz energię, czy tylko dobrze wyuczoną rolę.

Możemy też przyjrzeć się temu razem…

Umów konsultację