W 2005 roku izraelscy badacze wykiełkowali nasiono palmy daktylowej znalezione podczas wykopalisk w twierdzy Masada. Nasiono miało około dwóch tysięcy lat. Z wykiełkowanej rośliny wyrósł daktylowiec nazwany Matuzalem, który żyje do dziś. Ta historia wraca do mnie za każdym razem, gdy ktoś mówi mi, że „na zmiany jest już za późno”. Życie potrafi czekać bardzo długo. Potrzebuje tylko odpowiednich warunków.
Kiedy patrzę na garść nasion pozbieranych w moim ogródku, myślę o zdrowieniu. Nie o cudownym ozdrowieniu z dnia na dzień, tylko o tym prawdziwym: powolnym, trochę nudnym i żmudnym, takim niewidocznym z zewnątrz.
Co się dzieje, gdy „nic się nie dzieje”
Pamiętam zajęcia w przedszkolu, choć to było naprawdę dawno, dawno temu. Wpojono mi wówczas, że kiełkowanie zaczyna się od wody. Zajmowaliśmy się wtedy ziarenkiem fasoli. Zalewaliśmy je wodą, a ono ją łapczywie wchłaniało, pęczniało i wreszcie pojawiał się korzeń. Można było zasadzić fasolę. Dumnie obserwowałam zielony listek, który wychodził na powierzchnię po wielu dniach obserwowania doniczki („czy z tego w ogóle coś będzie?!”).
Z naszym ciałem jest podobnie. Gdy zaczynasz lepiej spać, regularniej jeść, więcej się ruszać albo po chorobie nie rzucasz się od razu w wir pracy, lecz celebrujesz nicnierobienie, pierwsze tak upragnione zmiany zachodzą „pod ziemią”. Wycisza się stan zapalny, regeneruje układ nerwowy, stabilizuje rytm dobowy. Na zewnątrz jeszcze nic nie widać: waga ciała bez zmian, energii może tylko niewiele więcej, a z lustra patrzy na ciebie ta sama osoba ;‑) To właśnie wtedy najczęściej się poddajemy, choć korzenie już rosną.
Lubię konkrety, więc kilka faktów, które pomagają mi polubić się z cierpliwością (z natury jestem mocno niecierpliwa) i w efekcie uzbroić się w cierpliwość.
Otóż rana na skórze goi się w kilku fazach, a ostatnia z nich, przebudowa blizny, może trwać nawet rok i dłużej. Rana dawno jest zamknięta, a ciało wciąż pracuje.
W pracy coachingowej często słyszę od osoby, z którą rozmawiam, popularny mit, że nowy nawyk powstaje w 21 dni. Uwielbiam z tym dyskutować, nawet doszukałam na tę okoliczność dane naukowe. I tak – badanie przeprowadzone na University College London pokazało, że średnio potrzeba 66 dni, zanim nowe zachowanie stanie się automatyczne. U niektórych uczestników trwało to 18 dni, u innych aż 254. Jeśli więc po trzech tygodniach ktoś mi mówi, że wciąż musi się zmuszać do wieczornego spaceru, odpowiadam, że wszystko z nim w porządku – jest po prostu w trakcie kiełkowania.
Każdy, kto hodował rośliny, wie, że nasiona nie lubią nadgorliwości. Zbyt obficie podlane nie kiełkują szybciej, tylko gniją, bo brakuje im powietrza. W zdrowiu działa to niemal identycznie. Zrywy w stylu „od poniedziałku codziennie siłownia i zero słodyczy” często kończą się już w czwartek (no, dobra – w weekend, kiedy znajdujemy sobie wytłumaczenie, że będzie to „weekendowe odstępstwo od reguły”) przemęczeniem i rezygnacją. Znasz to, prawda?
Jak być cierpliwym wobec siebie? Kilka wskazówek, które sprawdziły się u mnie
- Patrz na korzenie, nie tylko na liście. Zamiast codziennie sprawdzać efekt, zauważaj proces: czy lepiej śpisz, czy rzadziej sięgasz po kawę „na szybkie postawienie się na nogi”, czy częściej masz ochotę wyjść z domu.
- Daj sobie realny czas. Na pierwsze wyraźne efekty zmian w stylu życia czeka się zwykle tygodnie, nie dni. Zaplanuj osiem do dwunastu tygodni, zanim ocenisz, czy „działa”.
- Świętuj małe kiełki. Pierwszy spokojnie przespany tydzień i pierwszy energiczny spacer bez zadyszki to też wyniki.
- Dbaj o warunki, nie o tempo. Sen, jedzenie, ruch i relacje to twoja woda, ciepło i światło. Tempo przyjdzie samo.
Matuzalem czekał dwa tysiące lat. Tobie wystarczy trochę mniej.
Jeśli chcesz przyjrzeć się temu, co w twoim zdrowiu potrzebuje dziś wody, ciepła i światła, zajmijmy się tym razem.


