„Zgasić światło?” To pytanie pada w niejednej sypialni, zwykle szeptem. Bywa, że za nim stoi zwykła preferencja, ale częściej stoi za nim wstyd. Bo światło pokazuje ciało, a my nie zawsze umiemy na nie patrzeć życzliwie.
Nagość w seksie to duuuża historia, a ja dziś wezmę z niej tylko jeden wycinek. Rozświetlmy nieco temat światła w sypialni i tego, co światło (albo jego brak) może uwidaczniać.
Zjawisko, o którym mówię, seksuolodzy nazywają „spectatoringiem”. Masters i Johnson opisali je już w 1970 roku: patrzenie na siebie z boku, jak widz na własnym przedstawieniu. Zamiast czuć, oceniamy: jak wyglądam, czy dobrze leżę, czy widać tę felerną fałdkę na brzuchu… Uwaga ucieka z ciała do głowy, a razem z nią ucieka przyjemność. Magia chwili pryska!
Czy to tylko teoria? Nie do końca, bo są na to badania. W laboratorium Cindy Meston z Uniwersytetu Teksasu w Austin kobiety oglądały erotyczne filmy, a część z nich widziała przed sobą półprzezroczyste lustro z własną twarzą i ramionami. U kobiet bez zaburzeń podniecenia fizjologiczne pobudzenie spadało, gdy patrzyły na siebie, choć same nie zgłaszały, że czują się inaczej. Badanie było małe, po szesnaście osób w grupie, więc to raczej wskazówka niż reguła. Podobny wniosek płynie z badań ankietowych holenderskich studentów (rozprawa doktorska Femke van den Brink z Uniwersytetu w Utrechcie, 2017): im bardziej krytycznie ktoś myśli o własnym ciele w sytuacji seksualnej, tym mniejsze ma zadowolenie z seksu, i dotyczy to w podobnym stopniu kobiet i mężczyzn. Z kolei pozytywny obraz ciała sprzyja skupieniu na przyjemności.
Problem nie leży więc w żarówce, tylko w tym, co dzieje się w głowie, a co światło jedynie ujawnia. Dlatego światło nie jest ani wrogiem, ani sojusznikiem. Zgaszona lampa bywa sensownym kompromisem, ale nie jedynym rozwiązaniem. Można spróbować półmroku albo świecy: światła, które daje poczucie bezpieczeństwa, ale nie pozwala chować się całkiem. Można powiedzieć wprost: „chcę spróbować przy słabej lampce”, bez presji i bez oceny. I można trenować uwagę tak, jak uczą tego seksuolodzy w ćwiczeniu zwanym sensate focus: skupiać się na tym, co czuje skóra, a nie na tym, co widać.
A gdyby tak zamiast „zgasić czy zostawić?” zapytać: „co pomaga nam czuć się dobrze w tym, co robimy w naszej sypialni?”


