Pierwszy kęs – nic. Drugi – przyjemne ciepło. Trzeci – łzy w oczach, cieknący nos, czoło mokre jak po saunie i rozpaczliwe szukanie wzrokiem dzbanka z wodą. Znasz to? Ja doskonale, bo uwielbiam! I doskonale znam winowajcę. To kapsaicyna.

Ostrość to nie smak. Język rozpoznaje słodkie, słone, kwaśne, gorzkie i umami. Ostrość do tej listy nie należy. Kapsaicyna pobudza w ustach te same czujniki, które reagują na wysoką temperaturę. Mózg dostaje komunikat: „parzy!”, choć niczego gorącego w ustach nie ma. Stąd pot, łzy i zaczerwieniona twarz. Ciało próbuje się schłodzić po oparzeniu, którego nie było.

Dlaczego to lubimy? Bo po alarmie przychodzi ulga. Organizm, przekonany, że coś go boli, uruchamia własne środki przeciwbólowe, prawdopodobnie także endorfiny. Dla wielu osób ten pikantny dreszczyk z nagrodą na końcu działa jak przejażdżka kolejką górską (oj, nie moja bajka, nie mój rodzaj frajdy!): strach jest, ale nic złego się nie dzieje.

Gdzie siedzi ogień? Nie w nasionach, jak się powszechnie uważa, tylko w jasnych, gąbczastych przegrodach w środku owocu. Nasiona są ostre, bo z nimi sąsiadują. Chcesz złagodzić potrawę? Wytnij przegrody razem z pestkami. Ostrość mierzy się w skali Scovilla. Słodka papryka ma zero jednostek, jalapeño kilka tysięcy, a rekordziści ponad dwa miliony.

I tu mała ciekawostka. Mówi się, że ptaki są odporne na ostrość papryczek, że tej ostrości w ogóle nie czują. Racja. Ptaki połykają pestki w całości i roznoszą je po okolicy, podczas gdy ssaki rozgryzają nasiona i… cierpią. Tu się objawia mądrość natury. Papryka odstrasza tych, którzy jej szkodzą, a przepuszcza tych, którzy jej pomagają. My, ludzie, daliśmy się w to wciągnąć na własne życzenie. Ja na pewno.

Co z tym zdrowiem? Kapsaicyna rozgrzewa, dlatego trafia do maści i plastrów na bolące mięśnie, kark czy krzyż. Przy regularnym stosowaniu czujniki bólu stopniowo się „męczą” i słabiej reagują. Z tego powodu kapsaicynę wykorzystuje się też w leczeniu niektórych rodzajów przewlekłego bólu, ale o tym decyduje już lekarz.

Chili lekko podkręca przemianę materii i może trochę zmniejszać apetyt. Słowo klucz: lekko. Nie zastąpi ruchu ani rozsądnej diety. Przy katarze miska ostrej zupy na chwilę udrożni nos, choć przeziębienia nie wyleczy. Ostra potrawa jest wyrazista, więc łatwiej ją mniej solić. Plus dla osób, które dbają o ciśnienie i nerki.

No i papryka to prawdziwa skarbnica witaminy C. To właśnie z węgierskiej papryki Albert Szent-Györgyi pozyskał ją w dużych ilościach, a potem dostał Nagrodę Nobla. Tyle że chili jemy szczyptami, więc witaminy z niego dużo nie będzie.

Sporo osób myśli, że ostre jedzenie powoduje wrzody żołądka. To szkodliwy mit. Trzeba wiedzieć, że za większość kłopotów wrzodowych odpowiadają bakteria Helicobacter pylori i niektóre leki przeciwbólowe. Nie znaczy to, że chili jest dla wszystkich. Ostrożnie powinny podchodzić do niego osoby ze zgagą i refluksem, z chorobami jelit czy hemoroidami. Ciało szybko daje znać, co mu nie służy, i warto go posłuchać.

Ręka do góry, kto choć raz w życiu przesadził z ostrością. Wiedziałam – las rąk ;‑) Mam dla was receptę na opanowanie ognia w buzi. Coś czuję, że zwykle od razu sięgacie po wodę. Błąd. Nie pomoże, a pogorszy sprawę. Woda nie rozpuszcza kapsaicyny. Rozprowadza tylko ogień po całych ustach. Sięgnijcie po mleko, kefir, jogurt albo kawałek chleba czy łyżkę ryżu. Nabiał „odkleja” kapsaicynę od języka, a pieczywo zbiera ją jak gąbka.

Kuchenne BHP. Do krojenia ostrych papryczek zakładaj rękawiczki. Bez nich wystarczy potem (długo potem) przetrzeć oko, żeby gorzko pożałować. Jeśli jesteś kamikadze i robisz to gołymi rękami, to przynajmniej po krojeniu natrzyj je odrobiną oleju, a potem umyj płynem do naczyń. Sama woda z mydłem słabo sobie radzi. A skoro mowa o krojeniu, zajrzyj do tekstu „Siekać, kroić, rwać?”, w którym rozprawiam się z rozdrabnianiem ziół.

Papryka w doniczce to prezent od kobiety, która umie w rośliny (dzięki niej w tym roku miałam też genialne pomidory!). Dana od serca, ale bez przypisu – co to tam za momencik wyrośnie na bujnych zielonych pędach. Papryczki pojawiły się dość obficie i doczytałam, że nazywają się wdzięcznie – Yvona. To czeska odmiana ozdobna. Jest niska i krzaczasta, świetnie czuje się w doniczce, a jej owoce przechodzą od zieleni przez fiolet do czerwieni. Co ważne, są jadalne, choć bardzo ostre. Można je suszyć nawleczone na nitkę albo zamrozić w całości i potem ścierać na tarce prosto do garnka. U mnie raczej to nie przejdzie – za dużo używam ostrych papryczek do różnych dań. Zjem je wszystkie na surowo i będę wypatrywać kolejnych w kolejnym sezonie, bo zamierzam ją w domu przezimować (trzymajcie kciuki!).