Lubię polskie słowo „szczytowanie”. „Orgazm” brzmi klinicznie, trochę jak diagnoza, a „szczytowanie” opowiada historię: że się wchodzi stopniowo i że szczyt nie jest ani pierwszym krokiem, ani wyścigiem. Ciekawe, że „orgazm” też ma w sobie ślad takiej opowieści, bo wywodzi się od greckiego słowa oznaczającego podniecenie i nabrzmiewanie. W obu słowach kryje się więc to samo: szczyt jest końcem drogi, a droga zaczyna się dużo wcześniej.
Każdy, kto kiedyś wchodził na górę, wie, jak to działa. Nikt rozsądny nie próbuje wbiec na szczyt od pierwszej sekundy, bo zabraknie mu tchu. Zaczyna się od spaceru, rozgrzewki, rozglądania się po okolicy. Na początku nogi są jeszcze ciężkie, a głowa pełna codzienności. Potem wchodzi się w rytm, oddech się wyrównuje i nagle okazuje się, że widok robi się coraz szerszy, a my przestajemy myśleć o liście zakupów (w moim przypadku to akurat trudne, ale w transie spacerowania pod górę czasem się zdarza ;‑)). Seksuologia ma na to nawet swój model: Masters i Johnson opisali cztery fazy, czyli podniecenie, plateau, orgazm i odprężenie. A plateau, czyli po polsku płaskowyż, to ten odcinek trasy, na którym napięcie jest już wysokie, a szczyt widać na horyzoncie.
A co dzieje się w ciele po drodze? Pozwolę sobie na zbudowanie analogii, a co mi tam ;‑) Dzieje się mniej więcej to, co w górach: serce bije szybciej, oddech przyspiesza, mięśnie się napinają, a do narządów płciowych napływa więcej krwi. Gdy napięcie osiąga próg, następuje rozładowanie w postaci rytmicznych skurczów mięśni miednicy, a po nim często rozlewa się czułość i senność, bo zejście ze szczytu bywa równie przyjemne jak samo wejście. Każdy odczuwa to inaczej, i to nie tylko każdy, ale i za każdym razem: raz jak falę, raz jak błysk, raz jak coś, czego nie da się opisać słowami. Warto tylko pamiętać, że nie ma jednej trasy na szczyt. Na tym fizjologię możemy zostawić, bo o tym, czy do szczytu dojdziemy, decyduje przede wszystkim głowa. Tak właśnie – nomen omen – myślę ;‑)
No bo ciało może być gotowe, a głowa i tak potrafi je zahamować. Stres, wątpliwości, czy wyglądam dobrze, czy tamtej osobie się podoba, czy dojdę tak, jak „należy”, zamieniają łóżko w salę egzaminacyjną. Ci sami badacze – Masters i Johnson – zauważyli, że wielu z nas patrzy wtedy na siebie z boku, jakby się było sędzią własnego występu. To trochę jak z robieniem zdjęć w trakcie wędrówki: kto co chwila sprawdza, jak wypada na fotce, przestaje widzieć krajobraz. Szczytowanie to jedna z tych rzeczy, które im bardziej się wymusza, tym mniej się dają. Przychodzi wtedy, kiedy pozwalamy, a nie kiedy się staramy. Pomaga zmiana pytania: zamiast „czy mi się uda?” zapytać „co teraz czuję?”.
Przejdźmy teraz do związku. Pary, którym łatwiej o satysfakcję, to zwykle nie te, które znają więcej technik, tylko te, które potrafią rozmawiać o seksie: co lubię, czego nie, co teraz, a na co dziś nie mam ochoty. Nikt nie czyta w myślach, a mapa trasy, którą zna tylko jedna osoba, niewiele pomaga drugiej. Bez udawania, bo udawanie ma swoją cenę. Kto raz zagra, zaznacza na wspólnej mapie ścieżkę, której nie ma, i trudno potem znaleźć właściwą. Poczucie bezpieczeństwa, zaufanie i brak pośpiechu, o którym piszę w tekście o wakacyjnym miesiącu miodowym, robią dla szczytowania więcej niż jakakolwiek sztuczka.
Warto też zdjąć z naszego tytułowego słowa presję. Udany seks to nie ten, który kończy się szczytem, tylko ten, po którym oboje czujecie, że było dobrze. Są wycieczki, z których zapamiętuje się ścieżkę, a nie wierzchołek. Zdarza się wspaniała bliskość bez fajerwerków i bywają fajerwerki bez bliskości. Szczytowanie jest cudownym dodatkiem, ale nie miarą miłości. Nic dodać, nic ująć.
Jeśli szczytowanie jest dla ciebie trudne, rzadkie albo nigdy się nie zdarza, a chciałabyś/chciałbyś to zmienić, porozmawiajmy.
PS Kiedy spojrzałam na to zdjęcie (zrobione w Edynburgu, na Górze Artura, czyli na dawnym wulkanie), od razu pomyślałam o szczytowaniu i wówczas narodził się pomysł napisania tego tekstu. Żeby nie było: uprzedziłam męża (to ten przystojny mężczyzna na szczycie ;‑)) o tym, że zamierzam opublikować je na swoim blogu jako ilustrację do tego tematu. Nie zaprotestował.


