W Billund, w duńskim domu klocków LEGO, byliśmy całą rodziną. To jedno z tych miejsc, gdzie znakomicie bawią się nie tylko dzieci, ale i dorośli. Ci drudzy mają zresztą świetną wymówkę: przecież przyjechali z dziećmi.

Już sama nazwa zobowiązuje. LEGO to zlepek duńskich słów „leg godt”, czyli „baw się dobrze”. Wymyślił ją Ole Kirk Kristiansen, stolarz z Billund, a w styczniu 1936 roku stała się oficjalną nazwą jego firmy. Dopiero później dowiedział się, że po łacinie „lego” znaczy mniej więcej „zbieram”. Pięknie się złożyło, bo w związku też zbieramy, choć nie klocki, tylko wspólne chwile. Żart, z którego śmiejecie się tylko wy dwoje, bo reszta świata nie wie, o co chodzi. Wygłup, przez który kiedyś omal nie spóźniliście się na pociąg. Historię zaczynającą się od „pamiętasz, jak…?”, którą każde z was opowiada trochę inaczej i o którą kłócicie się z czułością. Z takich klocków buduje się związek. Tyle że LEGO dołącza do pudełka dokładną instrukcję krok po kroku, a do związku nikt jej nie dołącza. Może to i dobrze, bo każda para składa swoją budowlę po swojemu.

Pytanie na dziś: kiedy ostatnio bawiliście się razem? Nie „spędzaliście czas”, nie „ogarnialiście weekend”, tylko się bawiliście?

Zabawowość, czyli słowo, które jest uroczo niepoważne

Lubię przyglądać się słowom, uwielbiam nowo tworzyć słowa i na co dzień używam wielu swoich nowotworzonych słów, które nie mają nic wspólnego z neologizmami, bo są po prostu moje własne.

Ale wróćmy do „zabawowości”. To słowo ma w sobie ogromną dawkę… swawoli. Tak to czuję. Nie mam pewności, czy jest poprawne, i pozwólcie, że nie będę tego sprawdzać (choć uwielbiam sprawdzać!). Na tę chwilę przypiszę sobie prawo autorskie do tego słowa w kontekście związku/pary/relacji/seksu. Moje dzieci, które nadużywają ;‑) języka angielskiego w codziennych rozmowach, pewnie zasugerowałyby mi angielski odpowiednik: „playfulness”, czyli skłonność do zabawy, lekkości i przekory, także u dorosłych.

Ale, ale! Jeśli wolisz słowa z rodowodem, masz do wyboru całą skrzynkę klocków. Jest figlarność (dla tych, którzy lubią płatać figle), żartobliwość (dla mistrzów riposty), psotność (dla tych, którzy z wiekiem nie wyrośli z psot), swawola (z nutą staroświeckiej fantazji) i ludyczność (dla uczonych, od łacińskiego „ludus”, czyli zabawa, gra). Jest też frywolność, ale z nią ostrożnie, bo łatwo jej przekroczyć granicę między lekkością a lekkomyślnością. Ja zostaję przy zabawowości. Brzmi jak zaproszenie, a nie jak diagnoza.

Co mówią badania? Zabawowość ma u naukowców całkiem poważną opinię. W badaniu z Uniwersytetu Stanowego Pensylwanii z 2012 roku studenci i studentki układali ranking cech, których szukają u partnera. Kobiety umieściły poczucie humoru na drugim miejscu na szesnaście, „lubi się bawić” na trzecim, a zabawowość na czwartym. Autorzy przypuszczają, że zabawowość może być sygnałem, że ktoś nie jest agresywny i nie skrzywdzi partnerki. Sami jednak zastrzegają, że badali głównie młodych ludzi z kultury zachodniej i że wysoka pozycja w rankingu nie znaczy jeszcze, że wybrany partner rzeczywiście będzie wesoły.

Psycholog René Proyer, który od lat bada zabawowość dorosłych, opisuje cztery jej odmiany. Pierwsza to zabawowość skierowana do innych: rozładowujesz napięcie, rozśmieszasz, droczysz się z bliskimi. Druga, beztroska: improwizujesz zamiast planować wszystko co do minuty. Trzecia, intelektualna: bawisz się pomysłami i słowami (tak, jak ja w tym tekście). Czwarta, kapryśna, czyli upodobanie do dziwności: śmieszą cię rzeczy nietypowe, a ludzie nazywają cię ekscentrykiem. Każdy z nas ma inną mieszankę. Pary też.

I tu najciekawsze. W badaniu 77 par zespół badawczy René Proyera sprawdził, jak zabawowość obojga partnerów przekłada się na związek. Mężczyźni byli bardziej zadowoleni z seksu, bliskości i czułości, gdy ich partnerki były bardziej zabawowe (choć nie w odmianie beztroskiej). Zachowania, o które pytano, brzmią znajomo: żartobliwe droczenie się, wspólne rytuały, rozładowywanie napięcia śmiechem. Przy okazji wyszło coś – nomen omen – zabawnego: zabawowość to nie to samo co miłość jako gra (psychologowie nazywają ten styl „ludus”). Kto gra w miłość, traktuje ją jak rozgrywkę bez zobowiązań. Kto się w miłości bawi, bawi się razem z drugą osobą.

A co z parami z długim stażem? Badanie 116 par w średnim i starszym wieku pokazało, że zabawowość nadal ma znaczenie, także dla bliskości, czułości i zadowolenia z seksu. Najmocniej działała zabawowość skierowana do partnera i ta kapryśna, przede wszystkim u kobiet. To badanie przekrojowe (opublikowane w 2023 roku), więc nie wiadomo, co jest przyczyną, a co skutkiem: czy zabawa cementuje związek, czy w szczęśliwym związku łatwiej się bawić. Pewnie jedno i drugie, klocek do klocka.

O tym, że wspólne nowe doświadczenia rozpalają też pożądanie, pisałam w tekście Wakacyjny miesiąc miodowy. Dlaczego na urlopie znów chce nam się siebie?. Klasyka w tej dziedzinie to eksperyment Arthura Arona i współpracowników z 2000 roku. Pary, które razem wykonywały nowe i trochę absurdalne zadanie, na przykład przenosiły przedmiot przez tor przeszkód, połączone rzepami w nadgarstkach i kostkach, oceniały potem swój związek lepiej niż pary, które zajmowały się czymś zwyczajnym. Wspólny śmiech z własnej niezdarności robi swoje.

Jak się bawić we dwoje? Jak chcesz. A na pewno nie potrzebujesz wycieczki do Danii. Wystarczy pudełko klocków na stole, wspólna łamigłówka, przekomarzanie się w kuchni albo rytuał, który zna tylko wasza dwójka. W sypialni zabawowość też się przydaje: pozwala zaśmiać się z niezręczności, zamiast robić z niej dramat. O tym, jak bardzo przeszkadza nam w seksie patrzenie na siebie z boku, pisałam w tekście Światło włączone czy zgaszone? Nie ma dobrej odpowiedzi, jest dobre pytanie. Lekkość pomaga wrócić z głowy do ciała.

Jest tylko jedna zasada zabawy we dwoje: ma bawić oboje. Droczenie się, które boli, przestaje być zabawą. Żart, który ktoś musi przeczekać, to już nie żart. A jeśli w nocy nadepniesz na klocek zostawiony na podłodze, cóż… przynajmniej będzie się z czego razem śmiać. Rano.

Umów konsultację